Strony

Szymonbike.pl zamienił się na Szymon.Bike

Nowy blog jest tutaj:

© Piotr Trybalski Photography
Nie usuwam tego bloga, zostawiam Wam wszystkie moje stare teksty do poczytania. Wszystko Wasze.

Ostatni post..

..na tej stronie.

Szymonbike.pl odnotował właśnie swój pierwszy milion wyświetleń. Możecie mi gratulować, albo i nie. Sam już sobie zrobiłem nagrodę. Przeprowadzam się. Na zupełnie nową, o niebo lepszą stronę. Tak jak nawet najbardziej zatwardziali mastersi w końcu przesiadają się ze swoich stalówek na karbony, tak samo ja przesiadam się z blogspota na wordpressa. Będzie lepiej. Będzie ładniej. Będzie PRO. Sami zobaczycie.

To nie wszystko. Przyciągnąłem Cię tym tytułem do wejścia tutaj w ten bezczelny sposób, bo to co teraz chcę napisać okupiłem takim nakładem pracy, że nawet sobie nie wyobrażasz. Nie wiem jak to się dzieje, że przez te 131 dni w Calpe największe problemy były w stylu czy na wieczór kupić piwko czy winko, a od razu po powrocie do dużego miasta dopada Cię taki zapieprz jakbyś znalazł się w środku przerysowanej komedii o korpobotach. Lista misji rosła jak brzuch Grega LeMonda po zakończeniu kariery. Duże miasta to zło. Ale nic to, przecież właśnie po to wróciłem, w końcu naobiecywałem Wam to i tamto i chciałem się z tego wszystkiego wywiązać i przy okazji zaskoczyć czymś więcej. Teraz Wasza kolej.


Więc jeśli myślisz, że od powrotu leżałem do góry brzuchem to myślisz zupełnie na odwrót. Za kulisami wrzało jak w środku peletonu młodzików jadących na metę. No, ale co Cię to obchodzi. Przynajmniej już wiesz, czemu pozornie nic tu się nie działo. Teraz powiem Ci co dziać się będzie. Bo na liście misji coraz więcej zaczyna być tych odhaczonych niż zaplanowanych. 
I tak:

  • Nowa super strona. Pojutrze. Może jutro.
  • Nowe super rzeczy na nowej super stronie. Najbliższe dni.
  • Ireland Roadtripping. Już niemal gotowy. Premiera planowo ma być w piątek.
  • Calpe Roadtripping. Jeszcze tylko poprawimy trochę film i zaczynamy maltretować CyclingTips żeby jak najszybciej go opublikowali. Więc też lada chwila. 
  • Szymonbajkowy sklep. PROskarpetki. SzymonbikeKITy. I z czasem coraz więcej super rzeczy.

Misja Calpe już jest dawno odhaczona, teraz jeszcze te tutaj i niech się dzieje co chce. To chyba właśnie jest to tworzenie okoliczności do tego żeby działo się to na co tylko masz ochotę. Więc nie narzekam na nawał pracy. Niech się dzieje. Teraz to się dopiero zacznie.

Nadziany Masters nie istnieje

Znasz go, wszyscy znamy. Pod różnymi hasłami. Nadziany masters, bogaty dziad, banan po czterdziestce. Obiekt pogardy każdego młodszego i uboższego. Ubrany w pełen komplet Raphy, jeżdżący na obrzydliwie drogim rowerze, najlepiej na Lightweightach albo innych Borach. On ma coś czego nie masz Ty a bardzo byś chciał. A Ty potrafisz zerwać go z koła jedną nogą. Ogólnie rzecz biorąc, to nikt nie lubi Nadzianego Mastersa.


Jest w tym wszystkim tylko jeden haczyk. Nadziany Masters nie istnieje.

To tylko chwytliwa w egoistycznym światku idea. Stworzona z niczego innego jak z zazdrości.

Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że o rzeczywistym istnieniu Nadzianego Mastersa najsilniej przekonani są Ci, którzy najgłośniej wykrzykują hasła o "równości" wszystkich kolarzy. Krzyczą:
"nie muszę mieć oaklejów żeby czerpać radość z jazdy!"
"wolę jeździć na składaku niż być objeżdżanym przez gości o rowerach sto razy tańszych od mojego!"
"to zawodnicy a nie xtry napędzają rowery!"
"a co Wy myślicie o gościu na rowerze za kilkadziesiąt tysięcy którego wyprzedza byle chłopaczek na stalówce?"

Błąd. Nadziany Masters jakiej pogardy by nie wzbudzał, robi coś co demaskuje hipokryzję tych krzykaczy.

Jeździ na rowerze.

I niech sobie jeździ powoli. Niech go objeżdżają chłopaczki na stalówkach. Wszystko gra. Może i oni kiedyś wyhodują sobie brzuszek i wsiądą na Pinarello za ciężkie pieniądze. Czemu nie. I to oni będą objeżdżani przez kolejne pokolenia. Wszystko gra.

Raczej nikt od razu nie był zamożny, a już na pewno nikt od razu nie był mastersem. I fakt, że ktoś był na tyle zaradny, że zarobił na rower marzeń i zadbał o swoją stylówę tylko dobrze o nim świadczy. Chwała mu za to, że swoje pieniądze przeznaczył na kolarstwo. Przecież równie dobrze mógł je przeznaczyć na nowe felgi do swojej audicy albo wycieczkę do Hurgandy ze swoją 20 lat młodszą i 60 kilo lżejszą żonką.
Ale nie, on biedny kupił sobie piękny rower i jeszcze w dodatku ma czelność wychodzić na nim pojeździć. Nie do pomyślenia! I dopóki go nie poznasz osobiście, jest obiektem powszechnej pogardy, Nadzianym Mastersem. Ale może gdybyś się zastanowił raz jeszcze, albo z nim najzwyczajniej porozmawiał to przestałby nim być. I uświadomiłbyś sobie, że Nadziany Masters to tylko idea stworzona przez egoistów dla leczenia swoich kompleksów.

Mam nadzieję, że jak już się zestarzeję, urośnie mi piwny brzuszek i moja forma poleci na łeb na szyję, to nadal będę miał ochotę i siłę na to żeby dalej sobie jeździć. Pewnie już będę miał jakieś Colnago i komplecik Raphy, przez tyle czasu chyba uciułam. Na pewno nie będę czuł potrzeby udowadniania niczego nikomu i będę sobie jeździł 20 na godzinę. I mam nadzieję, że młodsze pokolenie wskoczy na jakiś wyższy poziom świadomości i nie zrobi ze mnie kolejnego Nadzianego Mastersa.

fot. rapha.cc

Hajlajtsy : Paryż - Roubaix


Piekło Północy. Wyścig monument. Brukowane dróżki, połamane rowery i kostka brukowa w nagrodę. Brzmi idiotycznie. Tak naprawdę to przepiękny wyścig legenda. Tegoroczna edycja odbyła się jakiś tydzień temu. Jak zwykle było co oglądać. Wyścig był wyścigiem. Było epicko, teraz trochę bardziej z przymrużeniem oka. Zapraszam na Hajlajtsy.


Geneza wyścigu Paryż - Roubaix: 
Organizator #1 - Słuchaj, policja nie zgodziła się na zamknięcie głównych dróg, nie da rady zrobić tego wyścigu.
Organizator #2 - Trudno, puścimy wyścig boczkiem. Jakoś sobie chłopaki poradzą. 


Mniej więcej jakoś tak powstał jeden z najtrudniejszych wyścigów na świecie. Absolutny Boss Level w grze w kolarstwo.


Lekcja pierwsza: Jak być COOL: Okulary noś zawsze, kiedy nie ma słońca, miej je na czole. Tak jak COOLgoście z OPQS.


Lekcja druga: Gdzie NIE kibicować: Na środku wielkiego ronda pośród krzaków, dokładnie tak jak kibic w czerwonym kubraczku.


Już lepiej zbudować wielkiego strażaka i koszykarza. Kolarze to z pewnością docenią.


Albo i nie. Bo się powywracają. 


- hej! zobacz! pobrudziła mi się owijka!
- o boże boże i co teraz?!


Teraz na przykład zaczną się bruki.


Miejsca w których co bardziej bystrzy kolarze myślą sobie:


"Cholera, co ja tu robię, ze moją nowiutką szosą, co za kretynizm, kto to potem zareperuje"


"nic tu po mnie, spróbuję się wmieszać w tłum"


"wypisuję się z głupiej gry!"


Zawodnik Treka wypisał się dość gwałtownie


Francuzi za to nie spieszą się specjalnie w tym wyścigu. Podziwiają swoje cuda techniki.


- widzicie? to TGV! Taki pociąg! Najlepszy!


A na trasie kolejne kraksy. Z powodów bardzo prozaicznych.


O! Pieniążek!


Tyle pieniędzy!


Chwilę później kolejny zawodnik Treka zrobił coś zbyt gwałtownie.


Tym razem chodziło o prosty manewr wjechania z chodnika na szosę.


Zgubiła go zbytnia gwałtowność.
Która przewróciła pół grupy. W tym lidera jego ekipy.


Fabiana który z samego czuba gwałtownie wylądował na samej kicie. Kolega z Treka po prostu strzelił samobója. W kolarstwie też się najwidoczniej da to zrobić.


- przepraszam pana, gdzie jest toaleta?



- o tutaj zaraz za rogiem w prawo, polecam, zawsze jest czyściutko.


Tom już trochę zaczął miał dosyć tego całego wyścigu.


Nawet się specjalnie nie żegnając z kolegami pojechał sobie żeby czym prędzej mieć to wszystko za sobą.


Trzema ruchami korby doszedł ucieczkę i znowu na wyścigu zrobiło się na chwilę nudnawo.


Jak na piekło przystało, wszędzie panoszą się przedstawiciele zakazanych profesji.


Na przykład złodzieje rowerów.


Na tyle bezwzględni, że nawet nie pogardzą dziajantami.


Przed którymi nie ma ucieczki ani schronienia.
- Dawaj kask młody!


Tomek tymczasem w odjeździe robi za dusze towarzystwa. 
Opowiada historie ze swoich wędkarskich wypadów.


TAKĄ rybę złowiliśmy!


Mówię Wam, rybki to samo zdrowie. Ja je jem dwa razy dziennie.


Dajcie sobie spokój z tymi żelkami, to chemiczny syf. Na mecie sobie zjemy coś porządnego!


Ehh, no dobra.


A Sagan sobie skacze. Z grupy.


Skacze sobie z rynsztoku na szosę.


I jest COOL.
Czyli jak być COOL lekcja druga. 
Okulary, daszek do tyłu. 10 punktów w 10 punktowej skali bycia COOL.


Dyrektor sportowy Treka gwałtownie podaje bidony swoim zawodnikom, przy okazji zapominając, że jedzie samochodem a nie rowerem. Zapomniał się. Zdarza się.


Tomek dalej przechwala się swoimi zdobyczami.


Co niespecjalnie dobrze wpływa na skuteczność jego ucieczki.


Do której raz dwa dolatuje Piotrek.


Skazując się na wysłuchiwanie opowieści Toma z wędkarskich wypadów.


Co widocznie w ogóle go nie rusza bo czym prędzej odłącza się od tego towarzystwa.


Żarty się skończyły! Ostatnie odcinki brukowe!


Wszyscy faworyci lecą wszystko co mają, zaczyna się prawdziwy spektakl!


Jeden po drugim odpalają prawdziwi mocarze.


I robi się naprawdę gorąco.


Nawet kibice z Tybetu bawią się przednio. W końcu mają pewność, że ich zawodnicy dziś nie przegrają. W końcu ich tu nie ma.


Z tym naparzaniem na koniec to trochę przesada. Trochę się ponaparzali ale fakt faktem wszystko się zjechało i zaczął czas relaksu.


Wesołych rozmów i czerpania przyjemności z jazdy.


Co jest rzecz jasna przykrywką do ostatecznej, decydującej walki na ostatnim, prawdziwym odcinku bruku.


Na którym powinno się wszystko rozegrać.


Ale nie.


Wszyscy przejechali go sobie w rodzinnej atmosferze i nie wydarzyło się nic.


Do mety zostało 6,5 km. Z przodu zostali sami faworyci. Przed nimi już prawie nie ma bruków. Oznacza to jedno - ucztę dla kibica. Atak za atakiem, spawanie, przetrzymywanie, taktyczne, pokerowe zagrywki. Fascynującą batalię.

Tak, zapowiada się niesamowita KOŃCÓWKA!


Pierwszy atakuje Terpstra


"hm, atak, nie, ja to tym razem podziękuję"


Fabian woli sobie zjeść


A Terpstra dla odmiany się zagina.


Odjeżdża.


I wygrywa.

I już.